niedziela, 23 czerwca 2024
22.7 C
Swarzędz

Skok prawie doskonały

Zobacz także

- Reklama -

To był najzuchwalszy i bezdyskusyjnie najbardziej brawurowy skok na kasę w naszej gminie, w wyniku którego Swarzędzkie Fabryki Mebli straciły 5 mld zł. Kwota ta wówczas robiła ogromne wrażenie. Dziś mija dokładnie 20 lat od tamtych wydarzeń, postanowiliśmy zatem odkurzyć nasze archiwa i przypomnieć to, co działo się pod koniec lata 1993 r.

To miała być spokojna, nieco leniwa końcówka lata. Ot, mniej więcej taka jak teraz. Tymczasem 10 sierpnia tegoż roku tuż przed godz. 12-tą na nogi została postawiona cała policja ówczesnego województwa poznańskiego. Do komendy wojewódzkiej ze swarzędzkiego komisariatu nadeszła informacja o napadzie dokonanym na trasie A2 przez trzech uzbrojonych mężczyzn. Napadnięto kasjerki wiozące do Swarzędzkich Fabryk Mebli ponad 5 mld zł. Pieniądze były przeznaczone na wypłaty dla pracowników. Do zdarzenia, jak wówczas informowali miejscowi policjanci, doszło między godz. 9.30 a 10. Szczegóły? Scenariusz napadu najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie został odnotowany w historii polskiej kryminalistyki, a o swarzędzkim zuchwałym incydencie zrobiło się głośno w całym kraju. My tak opisywaliśmy całą akcję przed 20 laty: – Przebieg zdarzenia przypominał jako żywo scenariusz klasycznego filmu gangsterskiego. W poniedziałek wieczorem sprawcy przecięli przewody telefoniczne, odkrywając jedną ze studzienek w pobliżu zjazdu z trasy A2 do Nowej Wsi. Kilka godzin wcześniej do poznańskiej agencji ochrony, która od kilku miesięcy zajmuje się konwojowaniem pieniędzy na trasie bank – SFM zadzwonił mężczyzna przedstawiając się jako pracownik fabryki z informacją, że konwój jest przełożony z wtorku na środę. Natomiast w środę o godz. 7:15 pod budynek dyrekcji SFM podjechał biały Volkswagen Caravelle oznakowany tak, jak samochody agencji ochrony – relacjonował wówczas nasz redakcyjny kolega „maw” w artykule „5 miliardów w 165 minut”, który został opublikowany w TS z 12 sierpnia 1993 r. – Przyjechało nim jak zwykle trzech mężczyzn. Po kilku minutach dwie kasjerki oraz uzbrojony pracownik SFM wsiedli do samochodu i pojechali do Banku Gdańskiego po odbiór ponad 5 mld zł. Zawsze w takich sytuacjach przed bankiem czekał drugi samochód agencji ochrony z uzbrojonymi pracownikami ubezpieczającymi dodatkowo kasjerów i pieniądze. By uśpić czujność pracowników SFM, w drodze do Poznania kierowca Volkswagena przy pomocy urządzenia wyglądającego na radiowe odebrał jakąś informację. Po chwili oznajmił, że dzisiaj wyjątkowo pod bankiem nie będzie drugiego samochodu, bowiem uległ on wypadkowi wyjeżdżając spod siedziby agencji ochrony. W banku wszystko przebiegało tak, jak zazwyczaj. Tuż przed godziną 9:00 trzej „ochroniarze” wraz z kasjerkami i pracownikiem ochrony SFM wyruszyli w kierunku Swarzędza. Na wysokości Antoninka, o godz. 9:20 siedzący wraz z kasjerkami na tylnej kanapie „ochroniarz” zaatakował je gazem, po czym założył im na ręce kajdanki, a na głowy worki. Uzbrojonego w broń krótką – pistolet TT konwojenta fabrycznego błyskawicznie rozbroił siedzący obok niego kolejny „ochroniarz”. I jemu założono na ręce kajdanki, a na głowę worek. W tym samym czasie zaniepokojony zbyt długą nieobecnością kasjerek jeden z członków zarządu fabryki, przy pomocy telefonu komórkowego (klasyczna łączność telefoniczna jeszcze nie działała) połączył się z bankiem. Powiedziano mu, że konwojenci wraz z pracownikami wyjechali tuż przed 9:00. Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz mniej klarowna. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że dramat rozpoczęty na trasie A2 toczy się już w lesie w okolicach Wierzonki. Tam właśnie w kilkanaście minut później znalazł się samochód. Była godzina 9:50. W leśnej gęstwinie z ust sprawców padła propozycja przykucia ofiar do drzew. Płacz kobiet i błagania spowodowały jednak, że skończyło się na groźbach w rodzaju „nie ruszajcie się stąd, bo inaczej…”. Napastnicy odjechali samochodem kilkadziesiąt metrów dalej. Tam musieli wyładować pięć toreb znajdowało się 5,1 mld zł. Następnie oblali łatwopalnym środkiem Volkswagena i podpalili go, by zatrzeć za sobą ślady. Gdy ofiary zorientowały się, że są same uwolniły się z narzuconych na głowę worków. Ok. 11:00, błądząc po lesie, zszokowane kasjerki oraz pracownik ochrony SFM dotarli nad stawy między Wierzonką, a Uzarzewem. Tam natknął się na skute kajdankami trzy osoby przypadkowo przebywający w okolicach mieszkaniec Swarzędza. O 11:50 jego samochód dotarł z ofiarami do swarzędzkiego komisariatu. Z pierwszych zeznań wynika, że ochroniarzami byli mężczyźni w wieku od 30 do 40 lat, ubrani z czapki z daszkiem, niebieskie koszule i czarne spodnie. Dwaj z nich ukryli swoje oczy za okularami słonecznymi, tzw. lustrzankami – pisaliśmy. Ofiarom nic się nie stało, śledztwo zostało rozpoczęte. Nagrodę w wysokości 500 mln zł. za pomoc w schwytaniu sprawców wyznaczył zarząd Swarzędzkich Fabryk Mebli. Policja natomiast powołała specjalną grupę operacyjną. W wyniku jej działań rabusie zostali zatrzymani 2 września, 23 dni po napadzie. Ich auto – prawdopodobnie zmierzające do Szczecina, by tam wymienić złotówki na inną walutę – zostało o godz. 14. zablokowane przez komandosów na ul. Lutyckiej, sami przestępcy błyskawicznie zostali skuci w kajdanki. Policji podczas zatrzymania udało się odzyskać 3,2 mld zł i 52 tys. niemieckich marek, a później także pół miliarda przechowywane u znajomej jednego ze sprawców. Nieistniejące już Swarzędzkie Fabryki Mebli krótko po napadzie założyły swoim pracownikom konta bankowe, na które przelewały wypłaty. Po dwudziestu latach od tamtych zdarzeń od czasu do czasu spekuluje się na temat tego „prawie” doskonałego napadu, pomysłowości sprawców i błędach przez nich popełnionych. Okazuje się przy tym, że nie tylko aktualnie o naszej gminie jest głośno na forum krajowym. Swarzędz, jak widać, już od dawna nie znosi próżni. Także medialnej.

mn

 

- Reklama -
- Reklama -