Odszedł spełniając marzenia

Nie żyje Aleksander Doba. Człowiek niezwykłej charyzmy, wielkiej pogody ducha i niewyczerpalnych pokładów energii oraz optymizmu. Przez całe życie realizował swoje marzenia, wszak – jak mawiał – „najpierw trzeba mieć marzenie, następnie plan, a potem tylko konsekwentnie go realizować”. I swoje ostatnie marzenie zrealizował, stając na szczycie Kilimandżaro. Umarł, robiąc to, co kocha, hołdując słowom, które często cytował: „lepiej żyć jeden dzień jak tygrys, niż sto lat jak owca”.

Tratwą po Piórexie

Aleksander Doba urodził się w Swarzędzu w 1946 roku. W rodzinnym mieście spędził 29 lat. To tutaj chodził do przedszkola, do Szkoły Podstawowej nr 1 przy ul. Zamkowej, tutaj dorastał, mieszkając  w budynku przy ul. Kilińskiego, a jego ojciecpracowałw Zakładach Pierzarskim Piórex. Po latach, w 2015 roku, będąc  z wizytą w Swarzędzu  Aleksander Doba wspominał: Z wielkim wzruszeniem byłem w moim domu, na podwórku, gdzie wchodziłem przez portiernię. Na moich oczach ten zakład się rozbudowywał – opowiadał podróżnik, podkreślając, że to właśnie w tym miejscu rozpoczęła się jego przygoda z wodą: – Podczas budowyzakładu znajdował się w tym miejscu dół i wypłynęły wody podskórne, to wybudowałem tratwę i pływałem. Z czasem, ku mojemu niezadowoleniu, staw wysuszono. Jako młodzieniec zjeżdżałem też po poręczy w tym budynku– dodawał z szelmowskim  uśmiechem, wspominając dzieciństwo, spędzone w Swarzędzu.

Wpadłem w kajaki…

Zamiłowanie do podróży zawdzięczam rodzicom, to oni rozbudzili we mnie chęć poznawania świata. Robiliśmy wycieczki po okolicy, poza miasto, nad Jezioro Swarzędzkie, a przecież za jeziorem znajduje się Aeroklub Poznański. Początkowo zafascynowało mnie więc latanie. Ukończyłem odpowiednie kursy, stając się szybownikiem i spadochroniarzem – wyjaśniał  przed 20 laty w wywiadzie dla Tygodnika Swarzędzkiego. Po przeprowadzce do Polic, jego wielką miłością stało się kajakarstwo.  – W wieku 34 lat  „wpadłem” w kajaki i to stała się pasją mojego życia – wyjaśniał. Zdobywał wiele tytułów mistrzowskich, ale szczególnie wciągnęły go samotne, dalekie wyprawy kajakiem. Pierwszą długodystansową przygodą była podróż kajakiem z Przemyśla do Świnoujścia. Aleksander Doba pokonał wówczas prawie 1200 km w 13 dni. Kilka lat później w ciągu 55 dni opłynął kajakiem zachodnią Europę, pokonując ponad 2700 km. W 1999 roku postawił sobie kolejny cel – opłynięcie całego Bałtyku. Marzenie to udało się zrealizować – W 80 dni pokonałem 4.200 km od Świnoujścia, poprzez Szwecją, Finlandię, Estonię, Litwę, Łotwę i kawałek Rosji – opowiadał nam podróżnik. W 2000 roku zrealizował kolejne wielkie marzenie – wyprawę kajakiem do Narwiku i pokonanie ponad 5000 km.

Pogromca Oceanu

Niewątpliwie najważniejszymi osiągnięciami Olka Doby było 3 – krotne pokonanie Atlantyku na pokładzie kajaka „OLO”, co nie udało się przed nim żadnemu podróżnikowi.

Pierwszy raz Aleksander Doba, mierzył się z Atlantykiem w 2011 r. Wówczas jako pierwszy człowiek samotnie przepłynął ocean kajakiem. Pan Aleksander pokonał wtedy „wielką wodę” w najwęższym miejscu – wiosłując z Dakaru w Afryce do Brazylii.  Potem dokonał jeszcze bardziej spektakularnego wyczynu – kończąc 141-dniową transatlantycką wyprawę kajakiem z Lizbony do Ameryki Północnej, czyli przepływając Atlantyk w jego najszerszym miejscu, pokonując łącznie ok. 9 tys. km.  Trzeci raz Atlantyk przepłynął w 2017 roku w 110 dni.

W 2015 roku zdobył prestiżowy tytuł „Podróżnika Roku” wg NationalGeographic, otrzymując pół milionów głosów z całego świata i bezapelacyjnie wygrywając Plebiscyt.

Najlepsze wywiozłem właśnie stąd

W 2015 roku swarzędzka Rada Miejska nadała mu tytuł „Honorowego Obywatela Swarzędza”, co Aleksander Doba przyjął z radością. Jestem bardzo dumny ze Swarzędza. To, co najlepsze wywiozłem właśnie stąd – podkreślał podczas uroczystej sesji. Był częstym gościem w naszym mieście (tu mieszka siostra Pana Olka), uczestniczył w wielu swarzędzkich uroczystościach i imprezach, spotkaniach, także ze swarzędzką młodzieżą i dziećmi, które uwielbiamy  barwne – i opowiadaną ze swadą – przygody sławnego podróżnika. Potrafił – jak mało, kto zainteresować swoich małych słuchaczy i wywołać uśmiech na ich twarzach. A wiadomo, dzieci szybko się nudzą. Z panem Olkiem nudy nigdy nie było.

Jestem ciekawy świata

Pan Aleksander, wulkan energii, nie za długo „usiedział” w domu. Od wielu miesięcy marzył o wyprawia na Kilimandżaro. Skąd taki pomysł? –  Byłem przez całe życie i jestem nadal ciekawy świata. Tą ciekawość początkowo rozbudzili we mnie rodzice. To jest moja główna przyczyna i siła poznawania różnych form turystyki. Były to: turystyka rowerowa, piesza nizinna i górska, żeglarstwo, szybownictwo, spadochroniarstwo. Kajaki jednak nie odwiodły mnie od innych form poznawania świata – podkreślał w rozmowie z Tygodnikiem Swarzędzkim  pod koniec stycznia. Słynny podróżnik przyznał, że trudno mu było oprzeć się perspektywie wejścia na jeden z najsłynniejszych szczytów na świecie, czyli Kilimandżaro.

 – Już sama nazwa tej najwyższej góry Afryki jest fascynująca…- wyjaśniał Olek Doba w ostatnim mailu do naszej redakcji. 

Umarł robiąc to, co kochał…

Czekaliśmy na fascynującą relację z wyprawy. Niestety. We wtorek, 23 lutego na profilu Aleksandra Doby w mediach społecznościowych pojawiła się druzgocąca informacja. Bliscy sławnego podróżnika, poinformowali, że pogromca Oceanów zmarł jak podróżnik, podczas wyprawy na Kilimandżaro w dniu 22 lutego. Jak wynika z pierwszych doniesień  74 – letni Aleksander Doba zasłabł chwilę po zdobyciu szczytu. Mimo akcji reanimacyjnej, nie udało się Go uratować. Prawdopodobnie sławny podróżnik zmarł na zawał serca.

Aleksandra Dobę poznaliśmy w 2001 roku. Mało znany jeszcze wówczas, skromny człowiek, z wieloma pasjami, który przyjechał do naszej redakcji z wiosłem, zrobił na nas ogromne wrażenie. Wulkan energii, zarażał optymizmem wszystkich dookoła. Marzył o wielkich wyprawach. I chyba ani my ani On, nie wierzyliśmy, że uda się je wszystkie zrealizować. A jednak. Olek Doba tego dokonał.

Odszedł wielki człowiek. Niezwykłej charyzmy, wielkiej pogody ducha i niewyczerpanych pokładów energii  oraz optymizmu. Przez całe życie realizował swoje marzenia, wszak  – jak mawiał – „najpierw trzeba mieć  marzenie, następnie plan, a potem tylko konsekwentnie go realizować”. I swoje ostatnie marzenie zrealizował, stając na szczycie Kilimandżaro. Umarł, robiąc to, co kocha, hołdując słowom, które często cytował: „lepiej żyć jeden dzień jak tygrys, niż sto lat jak owca”.

Żegnamy Go z ogromnym żalem i smutkiem w sercu.

- Reklama -